Kataloński: październik

Jesteśmy na półmetku! I dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Jak tak spojrzę wstecz, te 3 miesiące to maaaaasa czasu. Pod warunkiem, że dajemy życiu wtrącać się w naszą naukę i nie stresujemy się, że nam czas przez palce przecieka. Jak tylko zaczynamy się stresować, czas przyspiesza, a my… stresujemy się jeszcze bardziej.

Zauważyłem, że odszedłem od wyznaczania konkretnych ram na następny miesiąc – tj. nie jest już ważne, na czym się skupić, gdzie położyć nacisk. Zdaję się teraz bardziej na siebie – dzieje się więcej ewolucji, jeśli chodzi o mój poziom niż osiąganie konkretnych celów typu “takie słownictwo”, “tyle zadań przerobionych”. Nie wiem czy to dobrze, ale przyjmuję to takim, jakie jest, ponieważ obecnie po prostu czuję, czego mi jeszcze brakuje i nie muszę z tego robić wielkiego zadania na cały miesiąc – usiądę raz, a porządnie i zrobię, co trzeba.

A co do ewolucji… o co chodzi?
W tym miesiącu, tak jak w zeszłym, poczułem, że wkroczyłem na kolejny poziom. Rozjaśniły mi się pewne rzeczy w głowie, jeśli chodzi o gramatykę, wystrzeliłem jak rakieta, jeśli chodzi o mówienie. W pewnym sensie również kataloński przestał być “obcy”, przestał, hm… przerażać, przestał być nieokiełznany, trochę go udomowiłem. Nie powiedziałbym natomiast, że taka zmiana to zasługa czasu, który poświecam na naukę. To chyba bardziej kwestia wyluzowania, po prostu. Ale jedno jest pewne – ten czas, te 3 miesiące, na pewno musiały minąć, żebym mógł teraz o takich zmianach mówić.

Następną małą ewolucją, co właściwie powinno wydawać się oczywiste od samego początku, jest fakt, że bez wątpienia hiszpański musi iść w parze z katalońskim. Nie ma innej możliwości. Mnie co prawda hiszpański na początku bardzo przeszkadzał, chciałem go poniekąd oddzielić od katalońskiego, bardziej odnosić się do polskiego niż do hiszpańskiego. I przez pewien czas tak było dobrze. Później jednak, kiedy może własnie kataloński przestał mnie już straszyć – hiszpański stał się nieunikniony. Nie ma jednego bez drugiego, oba muszą być na tym samym wózku – na innych poziomach, owszem, ale na tym samym wózku. Ucząc się słówek katalońskich, mogę przy okazji powtórzyć te hiszpańskie, bo pomimo że są bardziej podstawowe, nie zawsze wszystkie się pamięta. A to pozwala określić, jakie słówka z hiszpańskiego trzeba wziąć na celownik. Na przykład: idiomy. Mogę powtarzać części ciała, uczyć się ich bardziej szczegółowo po hiszpańsku, a przy okazji szukać do nich idiomów. Poziom z hiszpańskiego wzrasta, kataloński nauczony, podobieństwa i różnice zaznaczone. A już abstrahując od samej nauki języka – w rzeczywistości katalońskiej hiszpański jest nieunikniony i nie zmieni tego chyba nawet niepodległa Katalonia. Stąd też podziwiam ludzi, którzy uczą się katalońskiego bez hiszpańskiego.

A następny post będzie, mam nadzieję, pełen wrażeń i przemyśleń, bo wybieram się na tygodniowe praktykowanie katalońskiego w naturalnym środowisku. 😀

Wy tymczase – sprawdźcie, co u Marii!

Advertisements

Kataloński: wrzesień

Wracam z nowym wrześniowym podsumowaniem miesiąca, o którym właściwie do teraz nie wiem, co myśleć. We wrześniu więcej działo się na wszystkich innych polach w moim życiu, a nie w katalońskim, ale mimo to z każdego takiego miesiąca staram się wydobyć coś wartościowego. Co się wydarzyło?

  • moje rozmowy w ramach VxL trochę podupadły, właściwie nie pamiętam, kiedy ostatnio je miałem, ale może to i dobrze, bo czułem, że tak nie do końca jest to tak interesujące, jakie mogło by być. Zamiast tego udało mi się dostać na lekcje katalońskiego na poziomie B2 na uniwersytecie w Budapeszcie, po których wiele rzeczy rozjaśniło mi się w głowie;
  • jedną z nich jest fakt, że po raz kolejny udowodniłem sobie, że umiem się już odezwać po katalońsku i to wcale nie na jakieś banalne tematy. Zajmuje to jeszcze trochę czasu, ale sztuka czyni mistrza, więc nie poddaję się. Chodzę na lekcje z tego katalońskiego, więc tak naprawdę co tydzień mogę sobie udowadniać, że to żadne złudzenie, no i co najważniejsze – to ogromna motywacja;
  • inną zmianą, jaka nastąpiła właściwie parę dni temu jest to, w jaki sposób godzić kataloński z hiszpańskim, bo mówi się, że jak języki podobne to nie powinno się mieszać. I fakt, może i nie powinno się, ale doszliśmy z Marią do wniosku, że ćwiczę wtedy zupełnie inne kompetencje językowe, bo z katalońskiego muszę mówić, mówić, mówić i mówić, a z hiszpańskiego właściwie powinienem skupić się na czytaniu. Czas to przetestować!
  • w związku z powyższymi doświadczeniami, jakie do tej pory mam z nauką katalońskiego powstaje w mojej głowie pomysł, aby w styczniu całkowicie oddać się rozmowom, nawet codziennym, aby w ostatecznym teście na początek lutego móc faktycznie osiągnąć biegłość w mówieniu. Wynika to z tego, że jak zauważyłem pisanie po katalońsku nie sprawia mi problemu, osłuchuję się z językiem praktycznie codziennie (chociaż chcę zwiększyć ilość materiałów), a więc pozostaje tylko gadać.

Następne podsumowanie zrobię prawdopodobnie w połowie listopada, może nawet z Barcelony, aby podsumować trochę większy okres, w którym ważnym elementem będzie właśnie ten wyjazd. A co dzieje się u Marii? Sprawdźcie!

(P.S Ale tak naprawdę najważniejsze na koniec! W ostatni weekend września spotkaliśmy się z Marią po raz pierwszy i było wspaniale! Polecam tego Użytkownika! A tak na serio to tutaj też Ci jeszcze raz podziękuję, Maria! <3)

Kataloński: sierpień

Właśnie mija 1. miesiąc przygody z katalońskim (takiej na serio) i jednocześnie 1. miesiąc naszego wyzwania (przypominam, że Maria uczy się słowackiego)! Mam kilka obserwacji, którymi chciałbym się podzielić, bo może się komuś przydadzą. A jak nie – przydadzą się na pewno mi, później. Zaczynamy!

  • podczas nauki języków zawsze wydarza się życie: nie jest to nic nowego, przecież każdy z nas to wie, ale niestety często zapominamy o tym małym problemie, szczególnie planując nasze językowe podboje. Mnie się jak najbardziej życie przydarzyło i bardzo zgrabnie zniszczyło mój plan nauki na ten miesiąc. Nie dość, że się przeziębiłem, to jeszcze musiałem latać po pocztach i urzędach, bo do tej pory pewne dokumenty nie były mi na Węgrzech potrzebne. No i cóż… życie. Najlepsze, co można zrobić, to odpuścić, bo będziemy się niepotrzebnie stresować, że nie zdążymy, a prawda jest taka, że i tak nie zdążymy, bo jesteśmy chorzy, więc najprawdopodobniej nawet nie mamy siły. Mógłbym powiedzieć, że straciłem dużo czasu przez chorobę i załatwianie różnych spraw, ale tak naprawdę po prostu musiałem przekształcić swój plan – zamiast uczyć się gramatyki, oglądałem serial.
  • podczas nauki jednego języka poprzez inny podobny, zapomnij o tym drugim!: Ostatnio skomentowałem coś na FB po katalońsku i znajomy powiedział mi, że jest zaskoczony, jak szybko się uczę. Napisałem wtedy do niego wiadomość: “Ja się szybko uczę? Wprost przeciwnie! W ogóle nie widzę postępu.” Prawdą jest, że przez chorobę nie mogłem widzieć zbyt dużego postępu, ale jest też ważniejszy czynnik. Katalońskiego do tej pory uczyłem się poprzez hiszpański, co oznaczało również to, że na hiszpański tłumaczyłem to, czego nie rozumiałem. I tutaj jest błąd. Czułem się tak, jakbym do swojego hiszpańskiego dopisywał jakiś dodatek, jakąś inną formę wyrażania pewnych rzeczy. I co najważniejsze – nie czułem, że uczę się innego języka. Zacząłem więc tłumaczyć na polski/węgierski, bo tak naprawdę dzięki hiszpańskiemu i tak automatycznie rozumiem dużą część, więc chociaż zapisuję inaczej niż po hiszpańsku, żeby tworzyć w mózgu połączenia między innymi językami.
  • myślałem, że rozumiem – myliłem się!: zaczynając się uczyć katalońskiego, miałem wrażenie, że wszystko rozumiem. I faktycznie – nadal rozumiem dużą część z tego, co mówią. Czasami nieco wolniej, ze względu na inne struktury gramatyczne, ale jednak rozumiem. Problem w tym, że okazało się, że nie zawsze. Program, w którym biorę udział pozwala mi rozmawiać z Katalończykiem, który ma inny akcent niż ten, do którego jestem przyzwyczajony i czar prysł. Muszę się bardzo skupiać, kiedy z nim rozmawiam, żeby wyłapać, o co mu chodzi. Wniosek z tego taki, że należy poszukać materiałów “innoakcentowych” i się osłuchać.
    Co natomiast mnie zaskoczyło – odbyliśmy już trzy rozmowy w ramach programu i widzę, jak szybko jestem w stanie wpaść w ten tryb, kiedy słowa same przychodzą mi na język. A tego bałem się najbardziej – przecież do tej pory nie mówiłem, a moja wiedza jest raczej bierna, używana po to, by zrozumieć, a nie zostać zrozumianym. W dużej części.

O tych rozmowach, które odbywam w ramach programu miałem pisać co tydzień, ale całość przybrała trochę inną formę niż sobie to wyobrażałem i w takim wypadku nie miałoby sensu pisać co tydzień o każdej rozmowie, bo nie bardzo byłoby o czym. Rozmowy te są raczej luźne i skupiam się na tym, co chciałbym potrafić powiedzieć, a nie tak jak wcześniej zakładałem – na aspekcie kulturowym. Ale nie szkodzi!
Jeśli natomiast chodzi o dalsze cele, szczególnie na wrzesień, to na pewno zostaję przy czasownikach i nauce odmiany oraz konstrukcji czasownikowych, którym hiszpański wcale nie pomaga. Cały czas kontynuuję oglądanie serialu, który służy mi głównie temu, aby łapać zwroty, których się często używa oraz obserwować te zagadnienia gramatyczne, które sprawiają mi jeszcze problem. I, czego nie robiłem za bardzo w sierpniu, a chciałbym we wrześniu to korzystać bardziej z platformy, która oferuje różne poziomy i za cel stawiam sobie zrobienie poziomu Elementar. W ten sposób zostaną mi na październik i listopad dwa wyższe poziomy, dzięki którym będę mógł lepiej monitorować swoje postępy.

Nauka języka – trudności

Wyzwanie wyzwaniem, plan planem, ale w życiu zawsze w którymś momencie muszą pojawić się trudności i komplikacje. Proces nauki języka wcale się nie różni w tym względzie od pozostałych czynności, które wykonujemy – nawet powiedziałbym, że może powodować nieco więcej kłopotów niż byśmy tego oczekiwali. W naszym wyzwaniu na pewno nie będzie inaczej, dlatego warto wspomnieć, chociażby dla samych siebie, gdzie w całym procesie nauki możemy napotkać “wroga”.

By dobrze zlokalizować przeciwnika, musimy się najpierw pochylić nad tym, czym “nauka języka” tak naprawdę jest? Co ona oznacza? Na potrzeby naszej logiki i tego posta, nauka języka to nie tylko sam proces przyswajania słownictwa czy uczenia się intonacji danego języka, ale także, a może przede wszystkim, podtrzymywanie poziomu, na który wskoczyliśmy.

W związku z taką definicją cały proces możemy podzielić na trzy części:

  • naukę, przyswajanie nowego języka (czyli dokładnie to, co robimy podczas obecnego pół roku wyzwania),
  • podtrzymywanie języka poprzez naukę,
  • podtrzymywanie języka poprzez używanie go.

Mając przed sobą taki podział, możemy wreszcie namierzyć naszego wroga. Jest nim czas, a właściwie to, w jaki sposób bierzemy go pod uwagę na poszczególnych etapach. Oto, do czego dzisiaj z Marią doszliśmy:

  1. Spośród wszystkich trzech etapów, czas jest najważniejszy na etapie pierwszym. Dlaczego? Rozmawialiśmy o naszych wrażeniach związanych z datą, którą sobie wyznaczyliśmy na naukę, z dniem, w którym nasz cel ma zostać osiągnięty. 1 lutego. To przecież masa czasu. 177 dni. A co, jeśli ktoś postanawia: “nauczę się japońskiego!”? Świetnie, ale gdzie jest czas? Jeśli go nie podkreślimy grubą kreską, to nieświadomie możemy pomyśleć, że nasz czas, jaki mamy na japoński to całe nasze życie. Bo kto nas goni?
  2. Na drugim etapie czas również jest ważny, ale w mniejszym wymiarze. Jeśli założymy, że drugi etap zaczyna się z osiągnięciem płynności w języku, to wyobraźmy sobie taką sytuację: uczymy się języka chińskiego, ba!, nauczyliśmy się, osiągnęliśmy płynność, ale powiedzmy, że zawsze sprawiały nam trudność kwantyfikatory – tutaj nasz czas przejmuje pałeczkę. Znowu bowiem możemy “mieć całe życie” na te kwantyfikatory, a możemy dać sobie dwa miesiące. Za dwa miesiące chcę umieć używać te najczęściej używane, a na te rzadsze znaleźć chociaż przykłady. Wówczas ważne jest, aby nie przeplatać zbyt często etapu drugiego z trzeci. Jeśli zajmujemy się kwantyfikatorami, to odpuśćmy sobie czytanie gazet po chińsku, albo zredukujmy czas, jaki na nie poświęcamy LUB połączmy jedno z drugim: czytajmy gazety, szukając kwantyfikatorów!
    Tak jak w pierwszym etapie zapominamy o konkretnym terminie dla naszego przyswajania języka, tak na drugim niebezpieczeństwo zmieszania tego etapu z kolejnym jest kolejnym nieprzyjacielem, który często nas zjada po prostu.
  3. Trzeci etap natomiast jest jeszcze bardziej przebiegły. Skoro mam tylko używać języka to przecież nie muszę dbać o czas, na tym etapie już nie mam terminów! I tak, i nie. Faktycznie, nie wyznaczamy sobie czasu, do kiedy to będziemy czytać książki po hiszpańsku, żeby po tym czasie przestać, ale nie należy również zapominać, że jeśli zaniedbamy nasz język, to zacznie on spadać na etap drugi, a wiemy już, jakie on sam w sobie przynosi konsekwencje.

Co wynika z całej tej analizy? Otóż – kiedy już pół roku minie i uda nam się przyswoić dany język tak, jak tego sobie życzyliśmy, nadchodzi czas na podtrzymywanie go. Jeśli dodamy język do języka, to wniosek z całości jest prosty: nauczyć się języka wcale nie jest trudno, utrzymać go na danym poziomie (używanie) jest właściwie do ogarnięcia, ale przechodzenie z poziomu drugiego na trzeci i mieszanie się tych etapów na przestrzeni wszystkich języków – to jest dopiero wyzwanie, które czeka na nas już teraz dzisiaj, a i za pół roku i za rok również będzie razem z nami, kiedy dojdą nam jeszcze po dwa języki.

 

Projekt “Język”: kataloński

Czas zacząć pierwszą część naszego wyzwania!

Sierpień się zaczął, więc należy zebrać do kupy wszystkie pomysły na najbliższe pół roku i zacząć je realizować. Co my tu mamy?

Język: kataloński
Czas: 6 miesięcy

Ostatnim dniem wyzwania z katalońskim, a jednocześnie pierwszym dniem wyzwania z następnym językiem będzie 1 lutego 2018 roku. Co to oznacza? Dla katalońskiego będzie to post podsumowujący całe pół roku, bardziej o wrażeniach i trudnościach, aby móc usprawnić kolejne pół roku, natomiast same efekty językowe zamierzam zawrzeć w formie wideo (monolog/rozmowa) i w formie postu na italki.com.

Jednocześnie będzie to dzień dla nowego języka, a więc tak naprawdę post taki jak ten dzisiejszy – z wytycznymi do dalszej nauki.

Całe pół roku podzieliłem na trzy części:

– sierpień–połowa października: Voluntariat per la Llengua (VxL),
– październik–listopad: nacisk na słownictwo
– grudzień–styczeń: powtórka i szlifowanie gramatyki

W pierwszej części wyzwania biorę udział w VxL, programie dla uczących się języka katalońskiego, który oferuje masę kursów na różnych poziomach, a jednym z jego głównych celów jest angażowanie Katalończyków chętnych, aby pomóc w nauce ich języka. Zasada jest prosta: zgłaszasz się do programu, zostaje Ci przydzielony nauczyciel, który pomaga Ci z katalońskim przez 10 lekcji. Oznacza to, że zarówno będąc w Katalonii, jak i przy własnym biurku, możesz rozłożyć lekcje tak, jak chcesz. Jedynym wymogiem jest wcześniejsza znajomość katalońskiego, czyli w praktyce właściwie znajomość hiszpańskiego i chwila z katalońskim w muzyce, ewentualnie jakimś serialu. 😉 Ja zdecydowałem się na lekcję raz w tygodniu, stąd mniej więcej koło połowy października pojawi się wpis podsumowujący cały program.

W międzyczasie, czyli raz w tygodniu, chciałbym zdawać tutaj relację z treści naszych lekcji, jako że najbardziej zależy mi, aby poznać Katalonię, a właściwie koncepcję Els Països Catalans (Kraje Katalońskie, koncepcja, w której Catalunya i Comunitat Valencià, Andorra i Baleary, oraz mniejsze obszary w innych częściach Hiszpanii, Francji, a nawet Włoch stanowią jedność) ze strony kulturowej. Z punktu widzenia gramatyki najważniejsze dla mnie są czasowniki, ich odmiana i poprawne użycie, a także wytępienie wszystkich castellanismos (hiszpańskie formy), które non–stop wplatam do katalońskiego, jeśli nie jestem czegoś pewien.

W październiku i listopadzie chciałbym skupić się na budowaniu słownictwa wokół tematów, które mnie interesują, a jak się uda to może nawet na różnicach dialektalnych. W tym momencie wejdzie dużo kontekstu, który będę się starał wykorzystać. O tematach, które mnie interesują, napiszę później.

W ostatnim etapie, w grudniu i styczniu zbiorę gramatykę, której do tej pory się uczyłem i uzupełnię braki. Będzie to też moment na to, aby popracować nad spójnością wypowiedzi, sprawdzić, jak ma się mój akcent (tj. ten, który chcę naśladować) i przygotować materiały na zakończenie wyzwania.

Warto też wspomnieć o materiałach, które będę używać przez najbliższe miesiące. Poza platformą VxL i Italki czy YT, które pozwolą mi weryfikować swoje postępy, zdecydowałem się na książkę z serii Teach Yourself Catalan (oraz kilka mniejszych, ciekawych bardziej z gramatycznego punktu widzenia). Jako absolutne minimum każdego dnia przez najbliższe pół roku widzę ćwiczenia na Clozemaster, który ogromnie mi się spodobał! Wcześniej walczyłem trochę z Duolingo, który okazał się dla mnie zbyt banalny, szybko mnie nudziła jego zawartość i zdania, które niestety często nijak się mają do rzeczywistości.

Maria, jak Ci idzie?

O projekcie

Projekt “Język” zrodził się bardzo spontanicznie – właściwie to w dniu powstania tego postu i mam nadzieję, że będzie trwał nawet latami!

O co chodzi? Razem z Marią z Powiedz mnie przyjęliśmy wyzwanie językowe, które składać się będzie z dwóch części. Pierwsza część trwa od 1 sierpnia br. do 1 lutego 2018 roku.

Celem projektu jest udowodnić, że można nauczyć się języka do stopnia płynności w 6 miesięcy i razem z Marią postanowiliśmy zmierzyć się z tym wyzwaniem. Chociaż tak naprawdę, sama nauka języka przez te 6 miesięcy dla mnie nie stanowi wielkiego wyzwania, natomiast fakt, że obok tego należy jeszcze podtrzymywać języki, które już znam, przyprawia mnie o dreszcze, ale również z tego powodu powstał ten projekt.

Na najbliższe półrocze wybieram język kataloński z kilku powodów, ale najważniejszy nich jest dość banalny. Aby projekt dobrze funkcjonował , pewne schematy trzeba najpierw utrzeć, a żeby to zrobić najłatwiej jest odwołać się do języka pokrewnego temu, który już znamy i w sytuacji idealnej takiego, którego gdzieś tam się, nawet nieregularnie, uczyliśmy.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć języki, które osiadły już na wysokim poziomie i powinny tam zostać, a są nimi: angielski, hiszpański i węgierski.